Sądzę, że każdy ksiądz stawia sobie niejednokrotnie to pytanie. Miałem kiedyś okazję odprawiać Eucharystię w pewnym katolickim liceum w Polsce, gdzie odprawiona Msza św. przypominała horror pt. „Milczenie owiec”. Po prostu prawie nikt nie odpowiadał w dialogu prefacyjnym…

 

Spytałem kilka dni temu pewną siostrę zak., długoletnią katechetkę: Jak zafascynować młodzież Jezusem eucharystycznym? Odpowiedziała mi: Czy ich może jeszcze cokolwiek zafascynować?

A jednak wierzę, że można… i wierzę, że mogą to zrobić katecheci. Wraz z misją, której udzielił Wam Kościół, Jezus wyposażył Was w łaskę skutecznego przekazu orędzia Ewangelii. Dlatego to „coś”, co może obudzić w młodzieży miłość do Chrystusa jest w naszych rękach. Nie chodzi zatem o to, abyśmy prosili Pana o łaskę otwarcia oczu naszych uczniów na dar Eucharystii, ale o to, abyśmy prosili Pana o otwarcie naszych oczu na moc, której nam udzielił. W końcu tu idzie o Jego chwałę i jego Królestwo, więc Jezus zadbał o to, abyśmy byli zaopatrzeni w skuteczne narzędzia. Co zatem możemy uczynić, aby młodzież nie chodziła do spowiedzi na „kartki” lub biegała na Mszę jedynie wtedy, gdy jest jakaś szczególna potrzeba (przed maturą, lub gdy babcia choruje)?

Myślę, że nikt z nas tu obecnych nie ma wątpliwości, że warto zafascynować młodzież Jezusem eucharystycznym? Bo skoro Eucharystia jest szczytem i źródłem życia chrześcijańskiego, to…


  1. Dlaczego nie jest to takie proste?

Z różnych stron próbuje się wskazać na przyczyny takiego stanu rzeczy.

Socjologowie odnotowują: brak zainteresowania liturgią to znak ogólnego kryzysu w społeczeństwie. Dotyka on nie tylko religii katolickiej. Również w islamie notuje się spadek praktyk. Dziś, dla identyfikacji z religią ludzie nie potrzebują, zewnętrznych form, bo praktykowanie wyznawanej wiary nie jest już postrzegane jako naturalna konsekwencja członkostwa w danej wspólnocie. Nie można zatem mówić o kryzysie praktyk religijnych, ale raczej o transformacji sposobu wyznawania wiary. Chodzi nie tyle o utratę potrzeby bycia identyfikowanym jako wierzący, ale o zredukowanie tej potrzeby do subiektywnego, wewnętrznego przekonania, które wystarcza, aby czuć się członkiem jakiegoś wyznania.

Teologowie stwierdzają: Człowiek ma wolną wolę. Wybiera jak chce, nie zawsze słusznie. Jesteśmy świadkami zjawiska, które we Francji określane jest mianem „wykrwawienia się wartości”. Żadna z nich nie jest już ważniejsza od pozostałych. Współczesny człowiek ma tendencję do detronizowania nawet tych podstawowych wartości, które jeszcze do niedawna były uznawane za niepodważalne i absolutnie nadrzędne. Wszystko jest równane w swoim znaczeniu do wspólnego mianownika. Można odnieść wrażenie bycia w wielkim supermarkecie przed półką, gdzie wyłożonych jest kilkanaście produktów tego samego asortymentu. Ostatecznie wybiera się ten, który jest tańszy, atrakcyjniej opakowany lub lepiej rozreklamowany. Nikt już nie kieruje się rzeczywistą jakością i wartością proponowanego towaru, lecz ocenia jego walor subiektywnym osądem lub chwilową tendencją. Społeczeństwo żyje w erze relatywizacji referencji, które nieustannie się zmieniają. Wprawdzie ta relatywizacja nie przeszkadza istnieniu tradycyjnych wartości, ale nie są one już postrzegane jako fundamentalne. Tym bardziej ludzie młodzi są zdezorientowani.

Jeśli dziś dla wielu młodych Eucharystia jest mało atrakcyjna, to może, nie dlatego, że nie potrafimy o niej mówić (przecież naszym zadaniem nie jest wymyślanie nowych definicji lub uwspółcześnianie języka liturgii, bo my głosimy to, co głosi Kościół), lecz dlatego, że niekiedy błędnie zakładamy, iż nasi słuchacze mają pewną niezbędną bazę do przyjęcia głoszonych przez nas prawd. Nie chodzi mi o wiedzę religijną, ale o osobiste doświadczenie spotkania z żywym Chrystusem. Tylko wtedy, gdy Jezus jest dla nich żywą Osobą mogą odkryć Jego obecność w Eucharystii.


  1. DLACZEGO NAPOTYKAMY TAKIE TRUDNOŚCI?

Błąd wydaje się tkwić w nie rozróżnianiu trzech podstawowych terminów: ewangelizacja – katechizacja – mistagogia. Ewangelizacja to głoszenie kerygmatu – orędzia, że Jezus umarł, zmartwychwstał i powróci. Katechizacja to wprowadzenie w tajemnicę wiary Kościoła. Natomiast mistagogia to wprowadzenie w tajemnice zbawcze uaktualniane w liturgii „będącej szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła i zarazem źródłem, z którego wypływa cała jego mocy” (KL 10).

W praktyce, nierzadko jednak jest dokładnie odwrotnie tzn. mówimy o świętych tajemnicach do ludzi, dla których Eucharystia pozostaje tajemniczym obrzędem. Bynajmniej dzieje się tak nie dlatego, że używamy niezrozumiałego języka i pojęć, lecz dlatego, że Ten o którym mówimy dla słuchaczy pozostaje Jezusem zamkniętym w historii, lub też co najwyżej Jezusem, który zmartwychwstał, wstąpił do nieba, a zatem nie jest obecny pośród nas i nie ma żadnego wpływu na nasze życie. Staramy się w całych sił pokazać im piękno Eucharystii we wszystkich kolorach tęczy, gdy oni są duchowymi daltonistami i potrzebują najpierw doprowadzenia do Jezusa, który uzdrawia. Ktoś powie, że „to przecież we Mszy św. jest to uzdrowienie, dlatego zachęcamy ich do przychodzenia na Mszę”. Owszem, ale co zrobić, aby oni rozumieli, że Msza jest spotkaniem z lekarzem, którego potrzebują? Cortez, który w XVI w. spacyfikował Meksyk śmiał się z Majów, że do trumny zmarłych wkładali przedmioty, sądząc, że im przydadzą się w przyszłym życiu. Dziś oni mogliby się śmiać z nas, że wkładamy konsekrowane hostie w usta tych, którzy nie potrafią wykorzystać mocy eucharystii dla przyszłego życia.


  1. CO MOŻE ZROBIĆ KATECHETA?

Znam wiele sytuacji, gdy młode osoby nie rozumiejące zupełnie liturgii intuicyjnie wyczuły moc miłości obecnego w niej Chrystusa. Na przykład w 1993 roku podczas ewangelizacji na festiwalu muzyki rockowej w Jarocinie, podeszła do mnie maturzystka, która chciała się wyspowiadać, choć pochodziła z rodziny ateistycznej i nigdy nie była u sakramentu pokuty. Gdy spytałem, skąd nagle takie pragnienie, ona mi odpowiedziała: „bo wy jesteście autentyczni”. W przytoczonej historii decydującą rolę odegrało zatem świadectwo jednostki oraz świadectwo wspólnoty. Tu kryje odpowiedź na pytanie postawione w tytule konferencji: Jak zafascynować młodzież Jezusem eucharystycznym?


  1. KATECHETA POWINIEN być sam oczarowanym obecnością CHRYSTUSA w Eucharystii.

Istnieje powiedzenie zaczerpnięte z mądrości perskiej, iż jeśli masz osła, który nie chce pić, to przyprowadź do niego drugiego osła, aby ten pokazał, że warto się napić. Kojarzy się z tą historią znane stwierdzenie papieża Pawła VI, że „dzisiejszy świat nie chce słuchać nauczycieli, a jeśli już posłucha ich, to jedynie wtedy, gdy będą oni świadkami”. Zatem, jeśli katecheta żyje Eucharystią, a mimo to jego oddziaływanie jest ograniczone, to brak zafascynowania uczniów Jezusem w Eucharystii ma prawo tłumaczyć np. ich świadomym odrzuceniem propozycji wynikającym na przykład z lenistwa duchowego, lub życiem w grzechu i wynikającym z niego osłabieniem woli.

Oczywiście, iż nawet, jeśli nauczyciel będzie chodzić do Kościoła w tygodniu (co nie jest proste ze względu na obowiązki rodzinne), to uczniowie i tak Was tam nie spotykają, bo oni nie chodzą. Nie o „chodzenie na pokaz” mi chodzi. Sądzę jednak, że bycie katechetą (nawet jeśli dla niektórych nie jest to spełnienie życiowych planów) daje Wam szansę pełniejszego odkrycia mocy Eucharystii dla Waszego osobistego życia. W wykorzystaniu tej szansy może wam pomóc z jednej strony wykształcenie teologiczne, a z drugiej strony charakter wykonywanego zawodu.


  1. CO POMAGA W ROZKOCHANIU SIĘ W EUCHARYSTII?

Przede wszystkim samo uczestnictwo w niej. Ważne, aby każdorazowo nieść konkretne intencje na Mszę. Skarżymy się jednak na częste rozproszenia. Co jest ich powodem. Istnieją przyczyny od nas niezależne (akustyka, rutyna celebransa, hałasujące dzieci, złe samopoczucie itd.) oraz te, którym sami jesteśmy winni (stan grzechu, spóźnianie się na Mszę, płytkie życie duchowe czy brak postawy ofiarowania się – Konst. o Liturgii świętej, p. 48).

W rozkochaniu się w Eucharystii pomaga również czas spędzony na adoracji. Jakiś czas temu przyszedł do mnie po Mszy św. redaktor katolickiego radia i poprosił, abym zechciał wziąć udział w jego audycji o Eucharystii. Spytałem: dlaczego akurat prosi mnie, skoro się w ogóle nie znamy? Odpowiedział mi: „Bo widziałem, jak delikatnie trzyma ksiądz hostię”. Pomyślałem sobie: a jak można inaczej trzymać Króla świata, który stał się dzieckiem w Betlejem? Wiem, że nauczyłem się tego od moich seminaryjnych profesorów nie wtedy, gdy nauczali z katedry na wykładach, ale wtedy, gdy ich spotykałem w samotności na kolanach w kaplicy seminaryjnej.

Być może dla kogoś z czytelników nie napisałem nic odkrywczego w ciągu tych 30 minut. Jeżeli jednak przedstawione przeze mnie refleksje wzbudziły w Tobie pytania o własną wiarę, to mogę z satysfakcją powiedzieć, że zrealizowałem cel, jaki sobie postawiłem przygotowując tę konferencję. Opowiadając bowiem o moich duszpasterskich doświadczeniach chciałem podzielić się z Tobą własnym świadectwem spotkania z ludźmi, którzy uczyli mnie miłości do Jezusa Eucharystycznego.

Nie jest łatwo oczarować dziś młodzież miłością Jezusa, bo choć jest ona darmowa, to stawia wymagania temu, który chce nią żyć. Dlatego jedynie świadectwo kogoś, kto nie doświadczył raz, ale doświadcza stale i na nowo w swoim codziennym życiu mocy Chrystusa płynącej z Eucharystii, może pociągnąć ku Niemu innych. Może nie od razu wszystkich, lecz z całą pewnością nie pozostanie to świadectwo nie zauważone, a przecież to jest tak naprawdę istota prorockiej misji katechety, o czym czytamy w księdze proroka Ezechiela (Ez 2, 4-11).

Ks. Tomasz Bieliński