Piątek 3 listopada


„Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu?”


Modlimy się, bierzemy udział w nabożeństwach, przestrzegamy Bożych przykazań… i to jest dla nas fundament, ale to nie może być jednocześnie granica naszej wiary. Taka kształtna i regularna wiara nadawałaby się najwyżej do tego, by ją obsadzić w ramkę i powiesić na ścianie, bo mało wspólnego ma z tym, czego naucza Chrystus. On pokazuje nam, że wiarą w Boga jest wychodzenie poza granicę siebie, to odwaga, by wyjść z łodzi na głos Boga, na Jego wezwanie, to nadzieja, że nawet, jak nie widać brzegu, a my tracimy siły, nie utoniemy, bo Bóg jest z nami. Spotykamy na co dzień takie sytuacje, w których trzeba się ośmieszyć wobec tłumu, narazić swoją opinię, żeby ratować jednego człowieka, żeby pokazać Mu Boga. Zbyt często uznajemy, że „nie wypada”, że inni pomyślą, że jesteśmy jakimiś dziwolągami, że oszaleliśmy. No bo jak pójść głosić Ewangelię do swojej szkoły, gdzie już i tak się „nabijają” z naszej wiary? Jak składać ręce na mszy świętej, żeby osoba siedząca obok nam się nie przyglądała? Jak modlić się za brata czy mamę swoimi słowami, skoro w domu całe życie odmawiany był tylko pacierz z książeczki do nabożeństwa? Wiara w Boga wymaga… miłości. PRZEDE WSZYSTKIM, MIŁOŚCI. Otwierajmy nasze serca na miłość, niech nas rozpala, niech nadaje sens naszemu życiu, wszystkiemu, co czynimy. Jezu, wlewaj w nas swoją gorącą miłość. Ucz nas kochać, by nasza wiara opierała się na uczynkach miłości.