SŁOWO BOŻE W EWANGELIZACJI

Bracia i Siostry, jak wiecie w naszej diecezji trwa synod. Najbliższa katecheza synodalna poświęcona będzie Słowu Bożemu w ewangelizacji. Temat ten jak mało który dotyczy również naszej wspólnoty. Bo czym mamy dzielić się z innymi, jeżeli nie właśnie Słowem Bożym. Zapraszamy do zapoznania się z poniższymi materiałami.

Materiały dla Zespołów Synodalnych
KATECHEZA SYNODALNA
Oprac. ks. dr Tomasz Bieliński

 

Istota ewangelizacji

 

Mimo istnienia wielorakich możliwych sposobów opisywania powyższego terminu, jedno jest pewne i nie podlega żadnej dyskusji. Słowo Boże zajmuje centralne miejsce w dziele ewangelizacji, gdyż na nim opiera się cała zbawcza misja Kościoła. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo” (J 1,1) i to Słowo, które „stało się Ciałem i zamieszkało pośród nas” (J 1,14) nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat głosi Kościół jako Dobrą Nowinę. To jest jedna z najkrótszych definicji ewangelizacji.
Bogactwem Kościoła jest jednak i to, że niektóre inicjatywy duszpasterskie nie są sensu stricto oparte o Słowo Boże, a mimo to mają wymiar ewangelicznej posługi. Nie ma jednak potrzeby, a często i podstaw, aby nazywać je ewangelizacją. Niestety, w ostatnich latach można zauważyć tendencję do określania każdej akcji Kościoła mianem ewangelizacji.
Niewątpliwie, tak jak ewangelizacji nie wymyślił żaden papież, święta zakonodawczyni czy założyciel jakiegoś kościelnego ruchu, tak też żaden ruch, ani żadna osoba nie ma prawa zagarnąć tego terminu dla swego wyłącznego użytku. Ewangelizacja jest bowiem testamentem naszego Zbawiciela i On go udzielił dla całego Kościoła: „Idźcie i czyńcie uczniów wśród wszystkich narodów.” (Mt 28,19).
Wielkim nieporozumieniem byłoby jednak pojmowanie powyższego zadania jako swego rodzaju misji edukacyjno-informacyjnej, którą mieliby do spełnienia wyznawcy Cieśli z Nazaretu. Tak opaczna interpretacja mandatu misyjnego powierzonego Kościołowi przez Chrystusa prowadziłaby bowiem do zideologizowanej akcji propagandowej.
Tymczasem ewangelizacja zakłada najpierw wybór konkretnego stylu życia, jakiego Jezus Chrystus uczył przez trzy lata swoich uczniów. Trafnie zwrócił na to uwagę w 2000 roku w jednej ze swoich wypowiedzi ówczesny Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, Kard. Joseph Ratzinger: „Ewangelizować znaczy wskazywać drogę — uczyć sztuki życia. Na początku działalności publicznej Jezus mówi: Przyszedłem, aby głosić Ewangelię ubogim (por. Łk 4, 18). To znaczy: mam odpowiedź na wasze najważniejsze pytanie; wskazuję wam drogę życia, drogę szczęścia, więcej — ja sam jestem tą drogą”. Na to życie składa się określna mentalność (sposób myślenia) i wynikające z niej czyny (sposób działania). To bardzo ważna uwaga, do której wrócimy w dalszej części naszej refleksji.

 

Treść przepowiadania apostolskiego

 

Bibliści zauważają, że istnieje pewna zasadnicza różnica pomiędzy tym, czego nauczał Rabbi z Nazaretu, a tym co głosili Jego uczniowie. Treść ich orędzia nie była przecież identyczna z tą, którą słyszeli z ust swego Mistrza. Jezus głosił Dobrą Nowinę o królestwie Bożym. Natomiast Apostołowie ogłaszali Dobrą Nowinę o odpuszczeniu ludzkich grzechów dzięki ofierze krzyżowej Jezusa Chrystusa, który zmartwychwstając udowodnił, że był obiecanym Mesjaszem, Synem Boga Żywego.
Zatem Apostołowie powtarzali nie tylko to, co usłyszeli od Pana, ale również ogłaszali to, co widzieli i czego stali się świadkami po Jego zmartwychwstaniu (zob. 1J 1,1).
Dlatego pełna treść ewangelicznego orędzia jest owocem paschalnego doświadczenia pierwotnego Kościoła, który uwierzył, że Chrystus „zmartwychwstał trzeciego dnia, zgodnie z Pismem” (1Kor 15,4). Dzieje Apostolskie jednoznacznie przekonują, że pierwsze gminy chrześcijańskie były świadome roli Bożego Słowa w ewangelizacji. Nie tylko ewangeliści, ale również inni uczniowie pochodzenia żydowskiego często odwoływali się do starotestamentalnych obietnic, które wypełniły się w osobie Jezusa z Nazaretu. To zakładało zarówno znajomość proroctw, jak i potrzebę ich ponownego odczytywania w kontekście wydarzeń paschalnych. Wiara zatem rodziła się z kontaktu ze Słowem Bożym, które szczególnie w okresie poapostolskim czyli już po śmierci naocznych świadków Zmartwychwstałego Pana prowadzić miało do doświadczenia osobistego spotkania z żyjącym Mesjaszem.
W centrum ewangelizacji od początku chrześcijaństwa stoi osoba Jezusa Chrystusa. Widać to i słychać we wszystkich świadectwach nowotestamentalnych pism. Apostołowie nieustannie i przy każdej okazji odwoływali się do słów i dzieł Zbawiciela. Szymon Piotr zatrzymany przez Sanhedryn z powodu uzdrowienia chromego jednoznacznie wyznaje, iż uczynił to mocą zmartwychwstałego Jezusa, bo „nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12). Podobnie rozumiał to św. Paweł, który głosząc naukę zbawienia odnosił się przed wszystkim do Osoby Jezusa Chrystusa, a nie do Prawa czy obyczajów. Spotkanie ze Zmartwychwstałym Panem było od początku Kościoła treścią jego orędzia. Zasady związane z moralnością chrześcijańską i formy kultu religijnego kształtowały się i precyzowane były dużo dłużej.

 

Wyjątkowe znaczenie kerygmatu

 

To pierwotne orędzie, które Kościół winien niezmiennie głosić również w naszych czasach nazywane jest kerygmatem. Słowo to pochodzące z języka greckiego oznacza dosłownie „ogłaszanie”. Misją Apostołów było bowiem ogłaszanie odkupienia grzechów ludzkości dokonanego przez Jezusa Chrystusa, którego Bóg Ojciec ustanowił Panem i Mesjaszem. Kerygmat Apostołów, oparty na ich osobistym doświadczeniu spotkania ze Zmartwychwstałym Panem, musiał być tak przekonywająco autentyczny, że prowadził niejednokrotnie nawet tysiące słuchaczy do przyjmowania wiary (zob. Dz 2,41).
Jądrem wspomnianego orędzia była dobra nowina dla grzesznika, że jest on kochany bezgraniczną miłością przez Boga Ojca, który ofiarował swojego Jednorodzonego Syna, aby odkupić ludzki grzech. Tenże Syn, równy Ojcu w bóstwie, stał się człowiekiem, aby za ludzi przyjąć śmierć jako konsekwencję ich życia bez Boga. Dokonując tego pokazał drogę wyjścia spod zależności szatana. Tą drogą jest naśladowanie Zbawiciela w posłuszeństwie Ojcu, a jedynym skutecznym sposobem podjęcia takiego stylu życia jest otwarcie się na obecność Ducha Świętego ofiarującego dar nowego życia.
Kerygmat zatem skierowany jest bardziej do serca niż do intelektu słuchacza, co niewątpliwie daje szansę na przyjęcie zbawienia nie tylko mędrcom tego świata. Nie chodzi tu bynajmniej o serce rozumiane jako symbol sfery emocjonalnej, lecz o akt woli, przez który człowiek ma szansę nawiązać osobistą relację z żywym Bogiem. Dopiero to umożliwi dalszy prawidłowy rozwój wiary, któremu służyć będzie katechizacja.

 

Kerygmat a katechizacja

 

Biskup Legnicki Zbigniew Kiernikowski zauważa, iż „jeśli tego kerygmatu nie ma, to trudno mówić o dalszych etapach. Często mamy taką rzeczywistość w Kościele, że przepowiadamy Słowo, a to Słowo nie ma punktu zaczepienia, bo ktoś nie został uzdolniony przez kerygmat do słuchania Słowa. Nie zostało mu otwarte ucho na słuchanie. On słucha Słowa, uznaje je za budujące, wprowadzające w nawrócenie, ale zasadniczo tylko do pewnego stopnia. Nie można generalizować, ale bywa, że człowiek staje się sędzią Słowa, mówi: dotąd mogę za tym Słowem iść, ale dalej – nie, dlatego, że nie został wprowadzony w doświadczenie tego podstawowego spotkania ze Słowem, jak w tym obrazowym epizodzie: zostaw, co masz, sprzedaj, idź za mną! Kto tego gdzieś nie doświadczył, przynajmniej w jakiejś płaszczyźnie swojego życia, ten będzie zawsze stawiał siebie i swoją egzystencję ponad Słowo i dlatego na ogół patrzymy na to Słowo jak na uduchowiające nas zjawisko, które trochę nam pomaga żyć w dziedzinie moralnej, czy zjawisko nawet kulturowe, a nie patrzymy jak na powołanie: zostawili wszystko i poszli za Nim”.
Z powyższego nie wynika bynajmniej, iż należałoby wstrzymać się z katechezą dzieci i młodzieży do chwili osiągnięcia przez nich takiego wieku, gdy będą w stanie w pełni świadomie i odpowiedzialnie wybrać Jezusa Chrystusa na Pana ich życia. Wystarczy, aby ich stała formacja opierała się na fundamencie, jakim jest kerygmat. Pisał o tym papież Franciszek w swojej pierwszej adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium: „W katechezie rolę fundamentalną odgrywa pierwsze przepowiadanie lub «kerygma», która powinna zajmować centralne miejsce w działalności ewangelizacyjnej i w każdej próbie odnowy Kościoła. Kerygma jest trynitarna. Jest ogniem Ducha udzielającego się pod postacią języków i sprawiającego, że wierzymy w Jezusa Chrystusa, który przez swą śmierć i zmartwychwstanie objawia nam i komunikuje nieskończone miłosierdzie Ojca. W ustach katechety nieustannie rozbrzmiewa pierwsze orędzie: «Jezus Chrystus cię kocha, dał swoje życie, aby cię zbawić, a teraz jest żywy u twego boku codziennie, aby cię oświecić, umocnić i wyzwolić». Gdy mówimy, że to orędzie jest «pierwsze», nie oznacza to, że jest na początku, a potem się o nim zapomina albo zastępuje się je innymi treściami, które je przewyższają. Jest pierwszym w sensie jakościowym, ponieważ jest głównym orędziem, tym, do którego trzeba stale powracać i słuchać na różne sposoby i które trzeba stale głosić podczas katechezy w tej czy innej formie, na wszystkich jej etapach” (p.164).
Niewątpliwie mocnym znakiem nadziei dla Kościoła jest fakt, iż ostatni dwaj papieże Benedykt XVI i Franciszek wyraźnie dostrzegają potrzebę tego, co przez ich wielkiego poprzednika św. Jana Pawła II zostało określone mianem nowej ewangelizacji. Kościół znalazł się w sytuacji, gdy pierwszym jego zajęciem nie jest już chrzczenie nawróconych, lecz nawracanie ochrzczonych poprzez głoszenie im podstawowego orędzia o Bożej miłości.
Nie można się zgodzić na to, by ktokolwiek uważający się za katolika ignorował tę misję, lub nie rozumiał w niej nadrzędnego znaczenia kerygmatu, czy też traktował go opcjonalnie (ważny, ale nie konieczny do zbawienia). Kerygmat jest zaczynem wiary, która rodzi się ze słuchania Słowa Bożego (por. Rz 10,17). Koniecznie trzeba o tym pamiętać w kontekście życia naszych parafii, gdzie oprócz stałej formacji wiernych realizowanej przede wszystkim poprzez homilie i katechezy, nie wolno rezygnować z głoszenia kerygmatu, który ma moc rodzić wiarę u „oziębłych” parafian i ją odradzać w sercach „letnich”.

 

Słowo Boże a treść kerygmatu

 

Jak bardzo ewangelizacja w swoim podstawowym orędziu oparta jest na Słowie Bożym niech ukaże poniższe szczegółowe przedstawienie treści kerygmatu. Dla wzmocnienia tego przesłania zostanie tu użyta ta forma przepowiadania, którą stosuje się od zawsze w Kościele, gdy Dobra Nowina obwieszczana jest bezpośrednio po domach, na placach i rogach ulic, a wciąż za mało stosowana w proklamacji z ambon czy w salach katechetycznych.
W centrum wiary stoi prawda, iż „tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginał, ale miał życie wieczny” (J 3,16). On ma dla Ciebie wspaniały plan, abyś miał życie i miał je w obfitości (por. J 10,10). Bóg kocha Cię bezwarunkowo od zawsze i na zawsze. Zanim zaistniałeś w łonie matki, On już Cię znał (por. Jr 1,5). Nigdy nie przestanie Cię kochać, nawet jeśli Ty kiedykolwiek odważyłbyś się wzgardzić Jego miłością. Nawet najgorszy Twój grzech nie jest w stanie tego zmienić. Jego miłość wobec Ciebie jest wieczna. On Cię zapewnia przez proroka, że nawet „góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie (Iz 54, 10). Zatem żadna chwila Twojego życia nie jest bez wartości, bo „w tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1J 4,10). Skoro Stwórca pierwszy pokochał Ciebie – grzesznika, to Jego miłość nie jest nagrodą za Twoje dobre uczynki, lecz bezinteresownym darem. Nie musisz zatem zdobywać Bożej miłości, ale jedynie wystarczy, abyś dał Mu odpowiedź, wyrażającą się w czynach miłości bliźniego.

 

Skoro Bóg jest Miłością, to dlaczego nie zawsze doświadczasz pełni tego życia?

 

Trudność z odkrywaniem Bożej miłości płynie z kondycji ludzkiej natury, gdyż „wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3,23). Popełniane grzechy oddalają Cię od Boga, utrudniając doświadczenie tej miłości w pełni. Zawsze, gdy samowolnie wybierasz niezależną drogę życia tzn. drogę niezgodną z Jego przykazaniami, odłączasz się od źródła życia, co prowadzi nieuchronnie do śmierci (por. Rz 6,23). Jak zatem pokonać tę tragiczną w skutkach skłonność do grzechu?
Ponieważ nie jesteś w stanie wyzwolić się z grzesznego ciała, które prowadzi Cię do śmierci (por. Rz 7,24) Bóg postanowił zrobić to skutecznie za Ciebie. Wcielony Syn Boży, Jezus Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami (por. Rz 5,8). On jest jedynym rozwiązaniem problemu ludzkiego grzechu. On spłacił dług, jaki zaciągnęliśmy naszymi uczynkami (por. Rz 6,23). On jest jedyną drogą do poznania Bożej miłości i nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przez Niego (por. J 14,6).
Jednak zbawienia nie zdobywa się poprzez zdobycie wiedzy o Bożej miłości, skutkach własnych grzechów i sensie śmierci krzyżowej Wcielonego Syna Bożego. Aby doświadczyć w pełni miłość Boga i odkryć Jego plan, potrzeba abyś uwierzył w to i przyjął Jezusa Chrystusa jako osobistego Pana i Zbawiciela. On mówi bowiem do każdego z nas przez swoje Słowo: „Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną” (Ap 3,20).
Przyjęcie Chrystusa do swego życia zawiera w sobie konieczność odwrócenia się od własnego „ja” i zwrot ku pełnieniu Jego woli. Chodzi zatem o nawrócenie, które jest najpierw zmianą myślenia, aby potem dokonała się w Twoim życiu radykalna zmiana postępowania. Stanie się dzięki mocy Ducha św. On uzdolni Cię do posłuszeństwa Jego natchnieniom, czego owocem będzie „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość” (Ga 5,22-23). Oto dobra nowina dla Ciebie – grzesznika!

 

Owoc przyjęcia kerygmatu: życie mocą Słowa

 

Życie w duchu, a nie w ciele (zob. 1Kor 2,14 – 3,3) będzie w praktyce oznaczało przede wszystkim postawienie w centrum Słowa Bożego poprzez jego codzienną lekturę, rozważanie czy medytację. Dopiero z takiego regularnego spotykania się z żywym Panem rodzi się potrzeba rozmowy zwanej modlitwą, regularne życie sakramentalne itd.
Nierzadko owocem przyjętego kerygmatu przez osoby dotychczas regularnie praktykujące jest pojawiające się, nieznane im dotąd pragnienie dawania świadectwa o Chrystusie życiem i słowem. Ponadto, odczuwają one silną potrzebę doświadczenia wspólnoty z tymi, którzy podobnie weszli w osobistą relację ze Zbawicielem. Jest to niewątpliwie znak działania Ducha, gdyż wspólnota wiary jest miejscem formacji do słuchania Słowa, pełniejszego rozumienia go i dzielenia się nim z innymi.
Wciąż istnieje duża część wiernych regularnie praktykujących, którzy nie podejmują wezwania do ewangelizacji dlatego, że dotychczas nikt im nie ogłosił w sposób czytelny kerygmatu pomimo, iż zostali do nich posłani ci, którzy głosić mieli to orędzie (por. Rz 10,14).
Nie jest to oczywiście jedyny powód bierności misyjnej wielu katolików świeckich i nie tylko świeckich. Niekiedy inne czynniki mogą przyczyniać się do utraty smaku soli, którą mamy być dla świata (por. Mt 5,13). Mimo wszystko przy założeniu, że duża część wiernych obecnych systematycznie na niedzielnej liturgii rozumie obowiązek dzielenia się wiarą, a jednak tego nie czyni, można przypuszczać, iż powodem takiego stanu rzeczy jest brak relacji ze Słowem, które daje życie. Przecież Maryja, gdy przyjęła orędzie Boga przekazane przez archanioła Gabriela, natychmiast z pośpiechem udała się do swej krewnej, aby ogłosić jej dobrą nowinę i wyświadczyć konkretną pomoc (Łk 1,19n).

 

Skutki niedoceniania roli kerygmatu

 

Ktoś może w tym miejscu zareagować stwierdzeniem, iż jego prababcia, dziadek czy matka nawet nie słyszeli o czymś takim jak kerygmat, a wierzyli w Boga i umarli „po bożemu”. Odpowiadam: nie musieli słyszeć tego terminu, aby usłyszeć jego treść. Wystarczy, że byli otwartym na miłość Boga i żyli Jego przykazaniami, choć prawdopodobnie było to tym trudniejsze, im bardziej przekonywano ich, że wszystko zależy przede wszystkim od nich samych, a nie od Ducha św.
Tymczasem Jezus w rozmowie z Nikodemem bardzo wyraźnie podkreśla właśnie pierwszorzędną rolę Ducha św. w doświadczeniu wiary. Rabbi z Nazaretu mówi to do faryzeusza, który nie tylko systematycznie praktykuje wiarę, ale ponadto świetnie zna Prawo. Z rozmowy jasno wynika, iż najważniejszym krokiem w wierze nie jest znajomość nauki Bożej i jej sumienne przestrzeganie, lecz „narodzenie z Ducha” (por. J 3,8b).
Tylko wtedy wiara nie będzie wyrażała się jedynie przez mniej czy bardziej systematyczne spełnianie rytów religijnych, lecz będzie owocem nawrócenia rozumianego jako zmiana myślenia. Bez tej metanoi wielu wiernych, będzie stale skazanych na dolegliwie powracające frustrujące odczucie braku wyraźnych zmian w treści ich spowiedzi, a co za tym idzie, wyraźnego rozwoju ich życia duchowego.
Często tak właśnie się dzieje, gdy zaniedbywane jest obwieszczanie kerygmatu. I nie chodzi tu o jednorazowe jego wygłoszenie niczym narzucony pracownikom „z góry” obowiązkowy kurs BHP, ale o stałą obecność orędzia ewangelicznego zarówno w homiliach, katechezie czy nawet rozmowach duszpasterskich w kancelarii lub podczas wizyty kolędowej. W przeciwnym razie, nawet przejrzyście wykładana moralność i doktryna, oraz perfekcyjnie sprawowana liturgia i doskonale rozbudowane dzieła charytatywne nie uchronią wielu ochrzczonych przed częstym odczuwaniem lęku przed życiem i strachem przed śmiercią.
Przecież misją Jezusa Chrystusa nie było zaproponowanie człowiekowi nieskazitelnej moralności, spójnej doktryny i szczegółowo skodyfikowanego kultu, lecz przed wszystkim umożliwienie osobistego spotkania twarzą w twarz z kochającym Bogiem, tak aby wiara nie opierała się na uczynkach wypełnianych pod presją lęku przed karą wieczną, lecz na mocy Bożej, która uzdalnia do pełnienia uczynków płynących z głębi serca przepełnionego wdzięcznością za dar zbawienia.
Rezygnacja z przedstawienia treści kerygmatu, nieczytelne jego głoszenie lub odbieranie mu pierwszorzędnej roli dla wiary skutkuje brakiem nawrócenia (czyt. zmiany myślenia) u wielu dzisiejszych katolików, nawet tych regularnie praktykujących. Można tak wnioskować chociażby na podstawie ich sposobu opisywania i przeżywania relacji z Bogiem. Jest ona nierzadko naznaczona wysokim stopniem bojaźni czy wręcz lęku przed Stwórcą. W konsekwencji żyją oni stale w poczuciu niespełniania oczekiwań, jakie w nich pokłada surowy Ojciec, a wszelakie przeciwności i pojawiające się niepowodzenia odczytują jako zasłużoną karę za popełniane grzechy. Pragnąc „obłaskawić” zagniewanego nieustannie Władcę starają się mnożyć dobre uczynki w nadziei nagromadzenia wystarczającej liczby punktów, które miałyby przekonać Boga o szczerości ich pragnienia bycia zbawionymi.

 

Głoszenie kerygmatu nadzieją na odnowę wspólnot kościelnych

 

W opisanej powyżej postawie nie widać wiary w darmowość zbawienia, a przecież to jest właśnie w centrum kerygmatu. Takie myślenie części dzisiejszych katolików bliższe jest mentalności starotestamentalnej, która przekonywała, iż trzeba być czystym tj. bez grzechu, aby móc zbliżyć się do Boga. Tymczasem Dobra Nowina, którą przyniósł Jezus Chrystus przekonuje, iż trzeba zbliżyć się do Boga, aby zostać przez Niego oczyszczonym z grzechów. Zbawiciel nie stawia żadnych warunków grzesznikowi. Umiera za niego, bo go kocha, nie pytając uprzednio człowieka ani o jego zgodę, ani żądając obietnicy wdzięczności za dar ofiarowanego odkupienia. Dlatego ludzka odpowiedź na miłość Boga nie ma w sobie nic z zasługiwania na zbawienie, bo ono już zostało wysłużone przez Syna Bożego. Inaczej mówiąc, człowiek nie musi pracować na coś, co już ma. Jego zmartwieniem nie jest zatem zdobywanie prawa do nieba, ale troska o to, by darmo otrzymanego prawa do życia wiecznego w niebie nigdy nie utracić.
Ta prawda jest tak dobrą nowiną dla śmiertelnego człowieka, iż nikogo, kto ją przyjął sercem, nie trzeba namawiać czy przekonywać, aby zechciał dzielić sią tym z innymi. Jakże inaczej w tym kontekście brzmią słowa Apostoła narodów: „Biada mi gdybym nie głosił Ewangelii” (1 Kor 9,16).
Podsumowując powyższe rozważania nie ma podstaw, by mieć jakąkolwiek wątpliwość, iż jeśli w naszych parafiach Słowo Boże głoszone będzie tak przejrzyście, jak przejrzyście wybrzmiewa ono w treści kerygmatu, to staniemy się świadkami prawdziwej odnowy Kościoła na wszystkich jego poziomach. Przecież Bóg sam od dawna nas zapewnia, iż słowo, które wychodzi z ust Jego nie powraca nie powraca bezowocnie, zanim wpierw nie dokona tego, co Bóg zamierzył (por. Iz 55,11).
Jeśli homilie, kazania i katechetyczne nauczanie zawsze oparte będą na żywym Słowie, głoszonym przez świadków, którzy wcześniej sami mieli odwagę je przyjąć i nim żyć na co dzień, to wierni szybciej uwierzą nawet nie zawsze wymownym świadkom, niż najlepszym błyskotliwie przemawiającym nauczycielom.
Jeśli przyszli słudzy Bożego Słowa już w seminarium będą formowani do mentalności ewangelizacyjnej, to nie tylko staną się przekonanymi i gorliwymi sługami ewangelizacji, o co tak bardzo apelował św. Jan Paweł II w swej Adhortacji Apostolskiej „Pastores dabo vobis” (PDV 10), ale rozkochają później swoich parafian w Słowie Bożym.
Jeśli wierni, dzięki wysiłkom duszpasterzy, będą mieli możliwość słuchania nie tylko zdrowej nauki Kościoła, lecz także stworzy się im możliwość słuchania żywych świadectw przeżywanej w codzienności wiary, a ponadto promowane będą inicjatywy ewangelizacyjne, to nasze parafie będą pełne ewangelizatorów, i zniknie szybko obecna wśród duszpasterzy obawa przed wzmożoną aktywnością Świadków Jehowy czy innych sekt. Bynajmniej, specjalistą od ewangelizacji nie jest ten, kto zna świetnie teorię na jej temat, bo ukończył różne kursy, lecz ten kto żyje Słowem Boga na co dzień.
Jeśli w naszych parafiach będą istniały wspólnoty stawiające w centrum wspólnie rozważane i dzielone Słowo Boże, to nigdy nie zabraknie chętnych do pracy w zespołach charytatywnych czy przy budowie nowej świątyni. I możemy być pewni, że nie zabraknie też pieniędzy na tacy do finansowania nowych dzieł, zarówno tych gospodarczych, jak i ewangelizacyjnych.