Sobota 25 października

„Może wyda jakieś owoce…”
Dzisiejsza Ewangelia jest jednym z tych fragmentów, w których Jezus bardzo jasno mówi o potrzebie nawrócenia, ale czyni to z ogromną delikatnością i cierpliwością. Ludzie przychodzą do Niego z wieściami o tragicznych wydarzeniach. Chcą wiedzieć, dlaczego spotkało to właśnie tamtych — czy byli gorsi, bardziej winni? Jezus odwraca to pytanie. Mówi, że tragedia nie jest znakiem większej winy, ale przypomnieniem, że życie jest kruche i czas na przemianę serca – ograniczony. Nie jest to więc opowieść o karze, lecz o Bożej cierpliwości. Jezus zaprasza, by spojrzeć nie na grzechy innych, ale na własne życie. Zamiast osądzać świat, trzeba zadać sobie pytanie: czy ja sam wydaję owoce? Przypowieść o nieurodzajnym drzewie figowym pięknie ukazuje, kim jest Bóg wobec człowieka. Nie jest surowym właścicielem, który natychmiast wycina to, co bezowocne. Jest Ogrodnikiem, który prosi o jeszcze jeden rok, o jeszcze trochę czasu, o kolejną szansę. To obraz nieskończonego miłosierdzia – Boga, który nie przestaje wierzyć, że człowiek może się przemienić. Jednocześnie jednak przypowieść nie jest  usprawiedliwieniem bierności. Drzewo figowe nie może wiecznie pozostawać bezowocne. Łaska potrzebuje współpracy. Czas miłosierdzia jest darem, ale też zobowiązaniem. Bóg daje czas, by serce się obudziło, by zrodziła się skrucha, by coś w nas zaczęło naprawdę żyć. Ta Ewangelia zaprasza, by nie odkładać nawrócenia na później. Nie czekać na „lepszy moment”, na spokojniejsze czasy. Bo ten rok, ta chwila, ta modlitwa – to może być właśnie ten czas, który Bóg daje, by w nas zakwitły owoce dobra.